Nie mam nikogo, komu mogę powiedzieć

To zdanie nie zawsze oznacza dosłowną samotność.

Czasem mówi o braku jednej bezpiecznej przestrzeni.

Można mieć ludzi wokół siebie. Rozmawiać codziennie. Wymieniać wiadomości.

A jednak czuć, że nie ma nikogo, komu da się powiedzieć to, co naprawdę jest w środku.

Nie wszystko da się wypowiedzieć w biegu. Nie wszystko pasuje do zwykłej rozmowy.

Są tematy, które wymagają ciszy. Uważności. Czasu.

I właśnie tego czasem brakuje.

Nie dlatego, że inni nie chcą słuchać.

Czasem dlatego, że relacje mają swoje role.

Z jedną osobą rozmawia się o pracy. Z inną o rodzinie. Z kimś o sprawach codziennych.

A to, co najbardziej osobiste, zostaje bez miejsca.

Bywa też, że trudno zaryzykować.

Bo jeśli powiem coś ważnego, odsłonię się.

A odsłanianie się nie zawsze jest łatwe.

Można latami funkcjonować poprawnie. Być „w porządku”. Dawać radę.

I jednocześnie nie mieć przestrzeni, w której można powiedzieć: „Nie radzę sobie tak dobrze, jak to wygląda.”

To doświadczenie bywa ciche.

Nie dramatyczne. Raczej powolne.

Pojawia się w momentach, kiedy coś zaczyna uwierać.

Kiedy myśli krążą bez końca. Kiedy zdania zostają niewypowiedziane.

„Nie mam nikogo, komu mogę powiedzieć” to czasem nie opis relacji.

To opis potrzeby.

Potrzeby bycia wysłuchanym bez pośpiechu.

Nie po to, żeby ktoś naprawiał.

Po to, żeby ktoś był.

Czasem wystarczy jedna taka przestrzeń.

Jedna osoba. Jedna rozmowa.

Miejsce, w którym nie trzeba udawać.

Jeśli wolisz przeczytać niż mówić, możesz zajrzeć do Pauzy.